Kundle i frustraci, czyli wybory prezesa PZPN w cieniu mordobicia

Zbigniew Boniek kontra Józef Wojciechowski – tak będzie wyglądało starcie o fotel prezesa PZPN. Z każdym dniem temperatura rośnie, ale główne w mediach, które okładają się znacznie bardziej niż rywale w wyborach. Oto najnowsza odsłona wojny futbolowej w Polsce.

 

Wojna dziennikarzy piłkarskich – kto, z kim i przeciw komu?

Reprezentacja zakończyła październikowe mecze eliminacyjne, a na czołówki gazet i portali sportowych (piłkarskich) wrócił temat wyborów prezesa PZPN. Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że będzie to formalność, bowiem urzędujący Zbigniew Boniek miał nie mieć rywala. Niby jakąś opozycję posiada, ale ewentualni kontrkandydaci szybko skalkulowali, że większych szans nie mają. Gdy termin zgłaszania do wyborów chylił się ku końcowi, pojawiła się kandydatura Józefa Wojciechowskiego, który jakoś uzbierał minimalną ilość rekomendacji.

 

Wtedy rozpoczął się atak części mediów na Wojciechowskiego. Że jego start w wyborach to skandal i absurd – można było odnieść wrażenie, że nie jest godzien stawać w szranki z Bońkiem. Weszło opublikowało listę hańby, czyli listę klubów, które dały rekomendację Wojciechowskiemu. Nikt nie bawił się w tłumaczenie, że rekomendacja to nie poparcie, a każdy klub miał trzy głosy, więc niektóre kluby czy związki – jak się potem tłumaczyły w ogniu krytyki – dały obu kandydatom swoje rekomendacje (tak zrobił np. Śląsk Wrocław).

 

“Grabarz” Polonii kontra “nielegalna” bukmacherka

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest, że nie chodzi wcale o to, że Wojciechowski jest gorszym kandydatem od Bońka (bo jest!). Nikt nie czekał jednak nawet na to, co ma do powiedzenia. Czy ma jakiś program, jakiś pomysł na PZPN i polską piłkę. Wyglądało to tak, że część redaktorów (głównie z Weszło i Przeglądu Sportowego) zaatakowała tylko dlatego, że ktoś w ogóle śmiał wystartować. Fakt, że tym “kimś” okazał się były właściciel Polonii Warszawa, tylko ułatwił im zadanie. Bo w Wojciechowskiego łatwo uderzyć i obśmiać, gdyż jeszcze jako właściciel Czarnych Koszul dał wiele powodów (uzasadnionych!) do krytyki.

 

Czy to wystarczy, by odmawiać mu jednak możliwości startu w wyborach? Według mnie nie. Uważam, że lepsze są wybory spośród dwóch kandydatów, niż udawane wybory z jednym. Gdyby to ode mnie zależało – postawiłbym na Bońka. Przemawiają za nim ostatnie cztery lata na prezesowskim fotelu. Sprawdził się, choć ideałem z pewnością nie jest. I nadaje się bardziej na szefa związku, niż Wojciechowski. Ale – na litość boską – nie róbmy z niego bożka, którego nie można skrytykować. Wychwalanie jego zasług, przy jednoczesnym dezawuowaniu jego rywala, tylko dlatego, że nazywa się Wojciechowski (i ma takich doradców, jakich ma) jest mega słabe.

 

Niestety, nic nie wskazuje na to, że dojdzie do jakiejś merytorycznej dyskusji, podczas której mogłyby się skonfrontować wizje obu kandydatów. Może tylko podczas samego zjazdu jakieś wystąpienia, ale wtedy już “szable”, jak to się mówi w środowisku, będą policzone. Do tego czasu czeka nas chyba tylko rąbanka w mediach i pomiędzy mediami (dziennikarzami). Oto bowiem na naszych oczach zaczyna się rozgrywać kolejna wojna futbolowa, a właściwie nowa bitwa trwającej już od kilku lat wojny. I wydaje się, że będzie ona najbardziej “krwawa”. Bo i stawka jest wysoka.

 

O co chodzi w wojnie mediów? – CZYTAJ NA NASTĘPNEJ STRONIE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.